* * *

To co tu przeczytasz i znajdziesz to właściwie mój prywatny Świat. Moje życie i marzenia schowane między wierszami tekstu, który tu przeczytasz. Nie komentuj jeśli masz potępiać moje życie i marzenia, bo czasami jedno słowo może zniszczyć wszystko co ktoś ma... Co ja mam...
-Kasiek

środa, lutego 16

"Nagłe serc ukłucia.."

Napisałam to już dawno, jako pomoc dla Julki.



To było dawno. Jeszcze przed wojną. Długo przed nią.
Morze spokojnie falowało, niczym lekko zamieszana kawa. Nie było wzburzone, nie przecinały jej fal statki szturmowe.
Ona także była spokojna. Wyszła w białej długiej sukience i chodziła na po pisaku. Rozgrzebywała stopami zimnawy piasek. Była już połowa września, a mimo to utrzymywała się ładna pogoda. Jedynym mankamentem była stale spadająca, dzień w dzień temperatura. jednak było jeszcze na tyle ciepło, by chodzić boso po złotym pyle.Nie wiadomo nad czym rozmyślała. Może snuła marzenia? Może myślała o przyszłości, a może o tym co już było?Zatrzymała się i zawiał wiatr rozczochrując delikatnie jej włosy. Zza chmury wyłoniło się słońce i wtedy jakieś światełko oślepiło ją na chwile. Gdy słońce zaszło znów za chmurę schyliła się, by znaleźć co to było.Pod sypkim piaskiem leżał naszyjnik. Podniosła go i wtedy zobaczyła, że wisiorek był w kształcie serca z wygrawerowanym napisem. Był on nawleczony na złoty, cienki łańcuszek. Serduszko było otwierane, a napis głosił „Dla Anny”. Otworzyła je. Ze środka wypadł kawałek cienkiego pergaminu. Zanim schyliła się po niego jej uwagę przykuły dwa malutkie zdjęcia w obu częściach serca. Oba były zrobione w sepii. Na jednym widać było uśmiechającego się mężczyznę o jasnych włosach, a na drugim brunetkę z toczkiem na głowie i siateczką przysłaniającą oczy. Minęło kilka chwil, zanim przypomniała sobie o kawałku papieru. Leżał przy jej stopach. Rozwinęła go. „Jagiellońska 5, bądź, kocham Cię.”.Nie zastanawiając się ani chwili, ruszyła do domu na wydmach, przebrała się i udała się pod wskazany adres.Szła dość długo, ale dotarła do celu. Za parkiem było widać małą kamieniczkę. Intuicja kazała jej tam iść. I rzeczywiście na budynku pisało „Jagiellońska 5”. Weszła do środka przez uchylone drzwi. Kamienica mieściła cztery mieszkania. Pomyślała przez chwilę co zrobić. A chwilę później pukała kolejno do drzwi. Pierwsze drzwi nie skrywały nic. Nie było w mieszkaniu nikogo lub też ktoś nie chciał jej otworzyć. Podeszła do kolejnych. Otworzyła jej starsza pani.
-Zna pani Annę?
-Nie, nie znam. Kim pani jest? –spytała zaskoczona mieszkanka kamienicy. Nie doczekała się odpowiedzi. Ona skierowała się już na górę.Drzwi trzecie otworzył dorosły mężczyzna. Miał może  czterdzieści kilka lat. Wysoki, podobny trochę do tego na zdjęciu.-Oczekuje pan Anny? – mężczyzna otworzył szeroko oczy i nic nie mówił. Wstrzymał powietrze. –Oczekuje pan Anny? –powtórzyła.-Tak.-Mam coś dla pana.-Proszę wejść. – zaprosił nieznajomą gestem do środka. – Zaparzyć pani herbaty?-Nie, dziękuję. Mam coś dla pana. Mogę usiąść? – patrzyła na niego wyczekująco, jednak on dalej był trochę osłupiały. Dopiero po kilku chwila ocknął się i zaproponował, aby usiedli. –Mieszkam nad morzem, nad samym morzem. Codziennie rankiem wychodzę boso na plażę, gdy mi pozwala na to pogoda. Dziś także wyszłam i rozkopywałam stopami piasek. Spoglądałam na morze i chowające się co raz za chmurami słońce. Znalazłam także medalion ze zdjęciami i krótką wiadomością. – Dziewczyna wyciągnęła z kieszonki swoje znalezisko i skierowała je na dłoni w stronę mężczyzny. On chwycił znana mu rzecz i powiedział:- Czekałem na to dziesięć lat. Czekałem, aby Anna przyniosła ten medalion ze sobą na szyi. Byłem żonaty. Moja żona jednak zmarła przy porodzie córki. Byłem samotny i zmęczony wszystkimi dotykającymi mnie troskami. Pięć lat po śmierci żony, latem przeprowadziłem się wraz z córką nad morze. Często spacerowaliśmy na plaży i dokarmialiśmy razem mewy. Wtedy spotkałem ją po raz pierwszy. Kłóciła się z narzeczonym. Była taka delikatna. Szarpali się, on szarpał nią jak kukłą. Wstawiłem się za nią, a że się okazało, że owy kawaler był pijany szybko go od niej odsunąłem. Anna podziękowała mi grzecznie i pędem ruszyła do domu. Spotykałem ją wraz z moją córką Ewą coraz częściej. Anna zabawiała ją, śpiewała jej. Ewa kochała Annę nad życie. Anna zastępowała jej matkę. Któregoś razu zaprosiłem ją do siebie na herbatę. I po kilku kolejnych zaproszeniach już nie musiałem tego robić. Sama do nas zaglądała popołudniami. Wkrótce później ktoś w nocy kamieniem wybił okno w mojej sypialni. Owinięty był papierem, na którym było napisane: „Zostaw Ankę w spokoju!”. Nie potrafiłem tego zrobić. Na drugi dzień przed południem Anna przyniosła Ewie kilka bajek. Zatrzymałem ją jednak. Siedzieliśmy chwilę w milczeniu. W końcu ona wstała strzepała spódnicę i stwierdziła, że będzie musiała już iść. Wstałem i złapałem ją za rękę. Spojrzałem jej w oczy i powiedziałem:-Kocham cię. – Milczała. –Kocham cię i chcę abyś była ze mną. – Z kieszeni wyciągnąłem medalion i schowałem w jej dłoni.Tego samego dnia wieczorem miała u mnie być, jednak wcześniej spotkała się z narzeczonym na plaży. Oświadczyła mu, że zrywa zaręczyny. Ten despota… Ten.. – głos załamał się jasnowłosemu mężczyźnie. Dziewczyna zbliżyła się do niego i złapała go za dłoń. Pokiwała głową. – On ją zabił. – kontynuował. – Zabił moją Anię. Był pijany i.. A potem wrzucił jej ciało do morza. – zapadło milczenie. Powietrze stało się cięższe, przesycone jakby smutkiem. – tego medalionu szukałem pół roku. Nie znalazłem go. Myślałem, że utonął razem z nią. Jednak chyba nie dość dobrze się przykładałem do poszukiwań.-Nie. Dziś rano był odpływ. Może medalion postanowił, że to jest czas by wrócić.  Wtedy zbyt mocny byłby to cios…-Może i masz rację. – spoważniał i uniósł głowę z ślepo wycelowanym wzrokiem przed siebie. Milczeli chwilę. Ona trzymała go nadal za rękę. –Posłuchaj mnie. Weź ten medalion. On mi nie przyniósł szczęścia, ale może Tobie go da. Niedługo się stąd wyprowadzam. Jadę do córki za granicę. Chciałbym, abyś coś dla mnie zrobiła. – Mężczyzna wstał, odsuną szufladę i wyciągnął duży plik listów. – To są moje listy pożegnalne do Anny. Mogłabyś je wrzucić do morza? Chciałbym aby do niej dotarł choć jeden.Dwa dni później miała już przeczytany każdy list. Wyciągnęła je z kopert i każdy wsadziła do zielonej butelki po winie. Zatkała je korkiem i tak trzydzieści listów pewnego ranka wrzuciła do morza.  Długo patrzyła jak odpływają zabierane przed przypływ.  Machała im i płakała. Obok niej stał starszy blondyn. Także płakał, a pod nosem z uśmiechem powtarzał „żegnaj Aniu!”.



2 komentarze:

Rotek pisze...

Masz niezwykłą wyobraźnię :) I wiesz co? Lubię Cię :D

Julie pisze...

piękne to ! i jeszcze raz strasznie Ci dziękuję :))